Dorota i Maciej Lichońscy
Biuro AVIVA: Puławska 233,
02 - 715 Warszawa
Czy masz spisany testament?
Jak co roku o tej porze siedzieliśmy z przyjaciółmi przy kominku i śpiewaliśmy kolędy. Raptem, wśród gwaru rozmów i salw śmiechu, koleżanka z centrali (CU), z którą dawno nie widzieliśmy się wypaliła do Maćka:
- „ Klient ci umarł”.
Maciek zaprzeczył stanowczo, ale nalegała.
W jej głosie była pewność i stanowczość nie cierpiące sprzeciwu.
- „Ależ byłam któregoś dnia na recepcji i słyszałam, jak pan , który przyniósł dokumenty związane z wypłatą roszczenia wymienił twoje nazwisko”.
„ Jak się nazywał”, zaatakował Maciek, ponieważ dla niego, jako agenta, sytuacja była mało komfortowa: klient załatwia roszczenie, a on nic o tym nie wie. Wieczór miał już zmarnowany. Przed oczami przedefilowali mu wszyscy klienci, starał się sobie przypomnieć, który z nich narzekał ostatnio na zdrowie. Musiał jednak poczekać do rana, żeby dowiedzieć się wszystkiego u źródła, czyli w Biurze Głównym.
Jak wielkie było jego zaskoczenie, kiedy dowiedział się już o kogo chodzi, niech świadczy fakt, że kilka tygodni przed wyjazdem we wrześniu na urlop spotkał się z tą osobą, ponieważ zamierzała zlikwidować polisę. Wypłata świadczenia nastąpiła już 21 listopada.
Pani Krystyna miała pod sześćdziesiątkę i pomagała mężowi w prowadzeniu drukarni. Pilnowała księgowości i wszystkich drobnych codziennych spraw, które mężczyźnie zazwyczaj umykają.
Któregoś dnia, poprosiła Maćka o spotkanie. Zbliżała się bowiem rocznica jej polisy i chciała się go poradzić, co ma robić, ponieważ nosiła się zamiarem wycofania się z pracy w drukarni. Dla małych drukarni czasy stawały się coraz cięższe. Zamówień ubywało. Kolejni klienci odchodzili. Pani Krystyna uważała, że w związku z tym powinna także zrezygnować z polisy. Rozmawiała z Maćkiem jak zawsze bardzo serdecznie. W pewnej chwili napomknęła, ale myślał wtedy, że to dla uwiarygodnienia i wzmocnienia swojego postanowienia, że czuje się słaba i będzie chyba musiała zrobić sobie badania. Udało mu się jednak przekonać ją, żeby nic nie robiła, do jego powrotu z urlopu,. Obiecał, że po powrocie się z nią skontaktuje i wtedy jeszcze raz do sprawy wrócą.
Po powrocie do Warszawy miał tak dużo bieżących spraw do załatwienia i zaległych z czasu urlopu do nadgonienia, że pani Krystyna, zapisana gdzieś w kalendarzu musiała jeszcze poczekać.
Tymczasem, jak opowiedział nam później mąż pani Krystyny, wszystko przebiegło się błyskawicznie. Pani Krystyna poszła do lekarza, wykonała badania i usłyszała diagnozę: ostra białaczka. Rokowania były złe. Wszystkie posiadane wolne środki przeznaczyli wtedy na opłacenie leczenia. Sprowadzali bardzo drogie leki. Mieli nadzieję. Niestety, kilka tygodni później pani Krystyna odeszła.
Tymczasem jej mąż, Pan Włodzimierz został sam z długami, gigantycznym kredytem na nową maszynę drukarską, poczuciem beznadziejnej samotności. W czasie choroby żony zaniedbał zakład, a to nie wybacza. Jedna córka założyła rodzinę w USA i chciała go do siebie zabrać, druga też zamężna, robiła świetną karierę w Polsce. Obie namawiały, żeby zamknął drukarnię. Nie chciał, nie potrafił.
Wtedy przypomniała mu się polisa żony. Zajął się realizacją roszczenia. Wypłata nie była duża – ok. 60 000 zł – ale pozwoliła mu uregulować najpilniejsze płatności. Bank nie zlicytował maszyny. Kiedy odwiedziliśmy pana Włodzimierza kilka miesięcy później, nadal realizował zamówienia.
Co mają do tego glonojady?
Otóż w pierwszych latach transformacji w Polsce, pan Włodzimierz stracił pracę. Był bardzo dobrym fachowcem w swojej dziedzinie, ale piastował kierownicze stanowisko, a tacy nie mieli szans. Nawet z dyrektorskiego wynagrodzenia w państwowej drukarni nie można było zgromadzić kapitału na kupienie maszyn i założenie własnej. Nagle spojrzał na swoje akwarium, a w nim na parę glonojadów, i postanowił rozpocząć ich hodowlę. Z czasem stał się expertem i hodowcą na skalę europejską , a nigdy dotąd nie udało się w niewoli rozmnażać glonojadów.
Zarobił w ten sposób pieniądze na założenie tej swojej nowej drukarni.
O tym wszystkim Maciej dowiedział się podczas pierwszej wizyty w jego mieszkaniu, ponieważ zaintrygowały go dwa duże stare glonojady pływające w pustym prawie akwarium.
To była ta pierwsza para zarodowa, której pan Włodzimierz obiecał u siebie dożywocie.
I dotrzymał słowa.