Agent Aviva

Twoje Ubezpieczenia - Warszawa

Dorota i Maciej Lichońscy
Biuro AVIVA:  Puławska 233,
02 - 715   Warszawa

strona główna dodaj do ulubionych





Czy masz spisany testament?

Nie.Mam jeszcze na to dużo czasu
Nie. Jest mi niepotrzebny.
Nie. Zawsze można go podważyć
Nie. Co mnie obchodzi co będzie po mojej śmierci.
Tak. Mam spisany od zawsze.
Tak. Mam spisany od momentu jak zobaczyłem co się działo po śmierci w rodzinie.

STRONA GŁÓWNA » Felietony i artykuły » KBKAK

2011-04-16 09:03:02

Podziel się ze znajomymi:

Oczywiście jest to skrót od Krótki Bojowy Karabinek Automatyczny Kałasznikowa. Najbardziej znany, produkowany w milionach egzemplarzy pistolet maszynowy używany od ponad 60 lat na wszystkich kontynentach.

Mnie ten skrót skojarzył się jednak z zupełnie innym zagadnieniem.

Od  blisko 16 lat prawie codziennie spotykam się z nieznajomymi mi ludźmi.

Są to moi potencjalni Klienci.

Część z nich wybiera mnie, na swojego doradcę, specjalistę, konsultanta czy jak tam kto chce mnie nazywać i kupuje u mnie produkty ubezpieczeniowe oferowane przez reprezentowane przeze mnie towarzystwo.

Dyskutują wtedy ze mną na temat rozmaitych problemów związanych z bezpieczeństwem ich samych, ich rodziny czy firmy. 

Pozostali,  a jest to zdecydowana większość, wybierają inne osoby/firmy i u nich poszukują tego, czego nie znaleźli u mnie.

Tak było, jest i będzie zawsze. Na tym polega rynek.

Klient ma prawo wybrać sobie firmę ubezpieczeniową, agenta, produkty, wysokość zabezpieczenia, wysokość składki, jaką chciałby płacić słowem: Klient nasz Pan.

Można powiedzieć, że życie agenta ubezpieczeniowego to jedno wielkie pasmo niepowodzeń.

No, bo  jak to nazwać inaczej, jeżeli na 10 nowo poznanych osób zaledwie 3 chcą się ze mną umówić na spotkanie  biznesowe, a zaledwie jedna z nich wykupi polisę. Gdybym w młodości miał takie samo  powodzenie u kobiet to z pewnością  już pewnie w wieku 18 lat popełniłbym samobójstwo.

Agent musi więc mieć pewne niezbędne cechy psychofizyczne, jak np. olbrzymią odporność na stres, aby tkwić w tym zawodzie przez lata, a nawet odnosić sukcesy.

Bywają jednak sytuacje, w których naprawdę trudno jest zachować spokój i które potrafią wytrącić z równowagi nawet takiego twardziela, jak ja.

Są to wszelkie przejawy braku kultury, z jakimi spotykamy się na co dzień .

Zjawisko to dotyczy obu stron: pazernych na prowizję agentów oraz pewnych siebie, zadufanych klientów.

Ostatnio odbyłem kilka spotkań, które wszystkie miały taki sam przebieg.

Rozmowa z klientem (określenie jego potrzeb) zakończona ustaleniami, że w ciągu 2 dni prześlę ofertę.

W  uzgodnionym terminie wysyłam ofertę. Zazwyczaj pocztą elektroniczną, ale zdarza się jeszcze czasem, że musze korzystać w tym celu z usług poczty, co jak wiadomo wiąże się z pewną mitręgą.

Odczekuję zawsze 3  dni ( lub dłużej , jeżeli koresponduję z Klientem in spe pocztą), aby mógł on dokładnie i spokojnie  zapoznać się z moją propozycją. Zgodnie z wcześniejszym ustaleniem telefonuję  w celu uzyskania informacji, jaka jest decyzja klienta w interesującej go sprawie.

Klient nie odpowiada.

Telefonuję powtórnie po paru godzinach, zgodnie z zasadami savoir vivru.

Klient nie odbiera telefonu  lub połączenie  jest odrzucane. Rozumiem, że przeszkadzam.

Wobec braku jakiejkolwiek reakcji klienta (nie oddzwania, a savoir vivre zawsze to nakazuje), telefonuję   znowu po paru dniach i piszę maila (jeżeli klient korzysta z tej formy komunikowania się) z zapytaniem, czy otrzymał moją ofertę  i czy ma do niej jakieś uwagi.

Brak reakcji.

Najgorszym sposobem lekceważenia człowieka jest traktowanie go, jak powietrze.

Ale dlaczego tak się stało? Zawsze staram się analizować każdy przypadek.

Przecież pierwsza rozmowa zdawała się być bardzo miła. Miałem  wrażenie, że dobrze się rozumiemy (widocznie tylko mnie się tak wydawało), ustaliliśmy wspólnie dalszy tok postępowania i…co? Ja potraktowałem  swojego rozmówcę poważnie, a w zamian zostałem bezceremonialnie zlekceważony i oszukany.

Klient nie musi nic kupić. Zdarza się, że przygotowuję i udoskonalam ofertę przez wiele tygodni, a mimo to nie dochodzi do zawarcia żadnej umowy. To jest święte prawo klienta, który szuka rozwiązania  jego zdaniem najkorzystniejszego: jeżeli moje propozycje nie zadowalają go, szuka gdzie indziej.

Zaangażowałem się, poświęciłem swój czas, poniosłem koszty (tak, koszty, czasem odwiedzenie klienta wiąże się z pokonaniem kilkudziesięciu kilometrów nawet nie opuszczając miasta, poza tym czas, to też pieniądz), ale to należy do mojej pracy. Jako współpracujący ze sobą partnerzy  wywiązaliśmy się ze swoich ról. Nikt nikogo nie oszukał, ani nie zlekceważył. To były negocjacje.  

Dlaczego Szanowny Panie Kliencie nie ma Pan dość odwagi, aby powiedzieć mi wprost, że oferta Panu nie odpowiada, ponieważ … a do tego za wysoka składka , no i ... Pan też mi nie odpowiada. To byłoby działanie fair. Odmowa jest elementem rozmowy handlowej. Robienie sztubackich uników nie mieści się w tej kategorii. To jest po prostu brak kultury.

Można przecież rozstać grzecznie, kulturalnie, bez sięgania po metody obce zasadom dobrego wychowania, jednym słowem po ludzku.

Dwa dni temu moja stała klientka oświadczyła mi,  że mówię nieprawdę.

To jest jedna z największych obelg, jaką może usłyszeć doradca ubezpieczeniowy.

Natychmiast spakowałem teczkę i wyszedłem.

Artykuł 40 Kodeksu Honorowego Władysława Boziewicza mówi wyraźnie, jak należałoby się w takiej sytuacji zachować:

Cyt: „Ciężką obrazą, albo obrazą drugiego stopnia jest uwłaszczenie czci gentelmana.

Oskarżonemu przysługuje prawo wyboru broni i dyktowanie warunków starcia.

W grę wchodzą tutaj następujące obrazy: zarzut nieprawdomówności, lub niedotrzymania słowa, braku odwagi moralnej  i fizycznej, zarzut nieuctwa itd.”

Tyle tylko, że Kodeks Honorowy nie ma zastosowania w odniesieniu do dam!

Co więc miałem zrobić?

Z brakiem kultury spotykamy się niestety na każdym kroku. Jest on wręcz lansowany w mediach. Większość rozmów polityków i z politykami (i nie tylko) powinna kończyć się pojedynkami. Z całą pewnością byłoby to bez uszczerbku dla społeczeństwa.

Przez lata jeździłem po Polsce i prowadziłem dla agentów warsztaty  pt. Savoir Vivre w biznesie.

Jeździłem, jeździłem, aż  wreszcie się załamałem.

Kiedyś, po  zajęciach uczestniczka, osoba żyjąca ze sprzedaży, szczerze mnie zapytała: Bardzo to wszystko piękne, tylko po co nam ta wiedza i gdzie ją mamy stosować?

Gwoli sprawiedliwości przyznać muszę, że nie lepiej zachowują się niektórzy agenci ubezpieczeniowi.

Ich nachalność, często mówienie prawdy, ale nie do końca, przymuszanie klienta do zakupu (aż głupio odmówić), stosowanie różnych sztuczek sprzedażowych, manipulacji obliczeniowych,  byleby tylko złapać klienta jest nie tylko nieetyczne, ale w moim przekonaniu nosi wręcz znamiona czynu zabronionego.

Stąd tytuł dzisiejszego felietonu: Kłopotliwy Brak Kultury Agentów i  Klientów.

 

Post scriptum

Kilka dni temu obserwowałem zachowanie przy stole mojego półtorarocznego wnuka, który od niedawna sam je łyżeczką i widelczykiem: na pytanie czy chce zjeść banana  - dziecko odpowiada „tak” lub „nie” ruchem główki, kiedy ma brudną buzię – sięga po leżącą obok  serwetkę. Jeżeli wziąć pod uwagę, że brzdąc studiuje dopiero w drugiej grupie żłobka, to wniosek, iż kultura jest w pewnym zakresie wrodzona, nasuwa się sam.