Dorota i Maciej Lichońscy
Biuro AVIVA: Puławska 233,
02 - 715 Warszawa
Czy masz spisany testament?
Pierwsze lata polskiej transformacji, druga połowa lat dziewięćdziesiątych.
W Łodzi, mieście kojarzącym się większości Polaków z przemysłem lekkim i Szkołą filmową, przedsiębiorca mający w swoim życiorysie wieloletnie doświadczenie pracy i prowadzenia interesów poza Polską, stworzył, na bazie upadłego zakładu branży bawełnianej, firmę średniej wielkości (około 100 pracowników).
W tym samym czasie Towarzystwo Commercial Union Polska wprowadziło na rynek ubezpieczenia grupowe.
Pewnego dnia, zostaliśmy przedstawieni prezesowi firmy przez księgową.
Był to człowiek w średnim wieku, o dużej wyobraźni, co chwila konfrontowany z niedoskonałymi wówczas przepisami, które hamowały realizację jego licznych wizji i planów.
Naszą propozycję utworzenia w zakładzie planu ubezpieczenia grupowego przyjął więc z entuzjazmem. Uznał, że zabezpieczając swoje interesy (przemysł lekki jest wysoce urazowy) zrobi też coś dobrego dla pracowników. Przy rozmowach i przygotowywaniu tego ubezpieczenia brała też udział nasza koleżanka ze struktury w Poznaniu, bardziej już doświadczona w obsłudze ubezpieczeń grupowych. Mimo początkowej nieufności i oporów, po odbyciu kilku spotkań z załogą i wyjaśnieniu dlaczego od składki płaconej przez pracodawcę, pracownik musi zapłacić podatek dochodowy oraz składkę do ZUS, a także po kilku dodatkowych naszych wizytach w zakładzie w Łodzi, pani księgowa przelała wreszcie do Towarzystwa pierwszą składkę. Ostatecznie, kilka miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu z prezesem około trzech czwartych załogi było objętych grupowym ubezpieczeniem na życie. To była nasza pierwsza poważniejsza umowa ubezpieczenia grupowego. Wszyscy troje byliśmy szczęśliwi.
Któregoś dnia odsłuchaliśmy na sekretarce wiadomość: „ Prezes nie żyje. Miał wypadek samochodowy. W wypadku zginęła też jego trzymiesięczna córeczka. Ciężko ranna żona jest w szpitalu”. Księgowa pytała jeszcze co ma robić, jakie formalności należy wypełnić.
Byliśmy wstrząśnięci. Polubiliśmy tego nietuzinkowego człowieka. To była pierwsza śmierć w naszej kilkuletniej wtedy karierze ubezpieczeniowej.
Ubezpieczenie działało w tym zakładzie od zaledwie czterech miesięcy, wypłatę sumy ubezpieczenia 100 000 zł z tytułu śmierci męża, wdowa otrzymała kiedy była jeszcze w szpitalu. Kolejne 100 000 zł – świadczenie z tytułu śmierci w nieszczęśliwym wypadku – otrzymała dopiero kilka miesięcy później, po zakończeniu dochodzenia przez Prokuraturę w Garwolinie. Wypadek zdarzył się podczas gołoledzi, samochód wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Kierowca był trzeźwy.
Na wieść o wypłacie przez CU tak wysokiego świadczenia, ostatni niezdecydowani pracownicy przystąpili pośpiesznie do ubezpieczenia.
Niestety w firmie zabrakło głównego spirytus movens. Silnie ze sobą skonfliktowani członkowie nowego zarządu podzielili w krótkim czasie firmę na dwie spółki i zwolnili dużą cześć pracowników, doprowadzając ostatecznie do upadku fabryki. Wkrótce członkowie obu zarządów „zdematerializowali się”, a ostatni pracownicy znaleźli się na bruku bez świadectw pracy, bez możliwości zarejestrowania się w Urzędzie Pracy. Ubezpieczenie przestało istnieć, ale ci nieliczni spośród nich, którzy przez okres jego trwania opłacali dodatkową składkę inwestycyjną otrzymali wypłatę swoich drobnych oszczędności powiększonych o niemałe wówczas zyski kapitałowe. Pomagałam im załatwiać formalności. Cieszyła ich najmniejsza nawet kwota.