Agent Aviva

Twoje Ubezpieczenia - Warszawa

Dorota i Maciej Lichońscy
Biuro AVIVA:  Puławska 233,
02 - 715   Warszawa

strona główna dodaj do ulubionych





Czy masz spisany testament?

Nie.Mam jeszcze na to dużo czasu
Nie. Jest mi niepotrzebny.
Nie. Zawsze można go podważyć
Nie. Co mnie obchodzi co będzie po mojej śmierci.
Tak. Mam spisany od zawsze.
Tak. Mam spisany od momentu jak zobaczyłem co się działo po śmierci w rodzinie.

STRONA GŁÓWNA » Z życia agenta » Szczęście; pojęcie bardzo względne

2009-06-06 20:26:04

Podziel się ze znajomymi:

 

Była zima 1995 r. Maciej, odwiedzał jak zwykle poleconych mu klientów. Ona -  pracownik biurowy w prężnie działającej  firmie  produkcyjnej, on nauczyciel angielskiego. Pełnoletnia córka.

Sympatyczne spotkanie przy kawie. Wspólna ocena potrzeb, w wyniku której  oboje ubezpieczają się „na krzyż”: on jest uposażonym z jej polisy, a ona z jego. On ubezpiecza się wyżej, ponieważ jego udział w dochodach jest większy. Wykupują także dodatkowe umowy  rozszerzające zakres ubezpieczenia. Maciej wraca do domu w bardzo dobrym nastroju.

Kolejne kontakty, głównie z Panią Elżbietą, układają się znakomicie. Składki opłaca regularnie, w rocznicę ubezpieczenia chętnie spotyka się z agentem. Każdy z nas marzy o takich klientach.

Później córka zakłada rodzinę, rodzą się dzieci, z myślą o ich przyszłości wykupuje polisy posagowe. Prawie nie wierzymy, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kontakty wciąż są bardzo dobre.

Przy okazji rutynowego przeglądu raportu o składkach klientów, zauważam, że dwie ostatnie składki za polisę męża nie zostały opłacone. Nie budzi to naszego niepokoju, ale odtąd częściej spoglądamy na zakładkę w naszym programie „składki”. Zaległości rosną. Maciej umawia się na spotkanie.

Pani Elżbieta jest sama. Opowiada, że mąż wyjechał do USA, gdzie uczy polskich emigrantów angielskiego, że opłacała dotychczas jego składkę, ale od jakiegoś czasu kontakt z mężem stał się coraz rzadszy, aż wreszcie się urwał. Postanowiła zaprzestać opłacania składki, a nawet chciałaby zlikwidować polisę. Sądzi,  że mąż nie wróci do Polski. Maciej stara się wyjaśnić, że nie opłacając składki za męża Pani Elżbieta sama sobie robi krzywdę, ponieważ  w razie gdyby mężowi miało coś się stać, to ona otrzymałaby świadczenie. Maciej wraca markotny. Obraz idealnych klientów trochę wyblakł. Pani Elżbieta wznowiła jednak opłacanie składek i wszystko wróciło do normy.

Koniec kolejnego dnia pracy. Maciej wraca do domu ze spotkania i krzyczy od drzwi, że telefonowała do niego pani Elżbieta z informacją, że  miała ciężki i rozległy zawał. Pytała też czy dostanie z tego tytułu jakieś świadczenie ubezpieczeniowe. W takich sytuacjach nasi kochani klienci wiedzą tylko, że mają ubezpieczenie, ale zupełnie nie pamiętają jakie ryzyka ono obejmuje. Na swoje szczęście Pani Elżbieta wykupiła m in. ubezpieczenie w razie trwałej niezdolności do pracy.  Po dwunastu miesiącach przebywania na zwolnieniu  lekarskim złożyła dokumenty niezbędne do ubiegania się o wypłatę świadczenia. Towarzystwo wypłaciło  48 834 zł z tytułu trwałej niezdolności do pracy, a ZUS przyznał klientce rentę. Był rok 2001.

Żal nam było kobiety, ale jednocześnie mieliśmy poczucie, że nasza praca ma sens, ponieważ  w sytuacji, w której jej status materialny  nagle i bezpowrotnie się pogorszył, dzięki pieniądzom wypłaconym z ubezpieczenia mogła kontynuować wysoce specjalistyczne leczenie i rehabilitację.

Nasze wzajemne kontakty  stały się luźniejsze, ponieważ  obsługa polisy męża  ograniczała się do automatycznego przyjmowania propozycji indeksacji i bardzo sumiennego opłacania przez panią Elżbietę składek.

Pewnego roku wybieraliśmy się na długo wyczekiwany urlop. Plan mieliśmy bardzo napięty i każde jego zakłócenie wywoływało nasze zniecierpliwienie. Nagle, kolejny i niepoliczalny już tego dnia raz zadzwonił telefon. Z prędkością światła przebiegła mi przez głowę  myśl zrodzona z bezsilności, że kiedy my prosimy klientów o pilne spotkanie, to odsuwają je w czasie pod byle pretekstem,  a my tu za trzy dni mamy wyjechać na jedyne dwa tygodnie w roku, i  wciąż musimy spełniać - nie cierpiące żadnej zwłoki  - życzenia klientów. Musiałam być bardzo już zmęczona. Nota bene nasz dwutygodniowy urlop nigdy nie trwał 14 dni (nie wspomnę o 15 dniach, jak to dwa tygodnie liczą Francuzi). Na ogół wracamy o jeden lub dwa dni wcześniej, ponieważ telefonował klient z ważną, według niego najwyższej wagi, sprawą.

Tym razem telefonowała pani Elżbieta. Otrzymała ze Stanów Zjednoczonych informację, że jej mąż nie żyje. Wiadomość brzmiała tak niewiarygodnie, że musiała ją powtórzyć ze trzy razy zanim cokolwiek zrozumiałam. Pytała co ma robić, jakie dokumenty będą potrzebne, co tłumaczyć na angielski, a co na polski. Poinformowała mnie, że za dwa dni  leci do Detroit, gdzie czeka na nią  coroner, i że do tego czasu musi mieć komplet wymaganych dokumentów. Zaczęłam bardzo szybko myśleć. W pierwszej kolejności zatelefonowałam do Paryża do przyjaciela, który prawie całe życie spędził w Kalifornii, żeby dowiedzieć się, jak w takich sytuacjach wyglądają  tam procedury i na co pani Elżbieta musi być przygotowana. Na moje pytanie odpowiedział pytaniem - „Gdzie ten człowiek umarł”? Moją odpowiedź skwitował krótkim „to jak w Chicago, bo w Kalifornii jest inaczej”. Nic z tego nie zrozumiałam, ale przyjęłam do wiadomości. Następnie podyktował mi nazwy kilkunastu dokumentów, które będą potrzebne lub zostaną wygenerowane przez odpowiednie służby i administracje na miejscu. Przekazałam klientce to, czego się dowiedziałam. Ona ze swej strony zatelefonowała też do MSZ i do ambasady amerykańskiej, powiedzieli jej mniej więcej to samo.

Klientka poleciała za ocean. Następnego dnia wsiedliśmy do załadowanego po brzegi samochodu i wyruszyliśmy nareszcie na upragniony urlop.

Jakiś czas po swoim powrocie do Polski  zatelefonowała do nas  pani Elżbieta. Opowiedziała nam o swojej smutnej podróży i o okolicznościach śmierci męża. Okazało się, że zmarł wskutek następstw pobicia kijem baseballowym. Coroner dochodzenie zakończył bardzo szybko. Jesienią 2003 r. towarzystwo  Commercial Union wypłaciło pani Elżbiecie, z tytułu śmierci męża wskutek nieszczęśliwego wypadku, kwotę 191 680 zł.